Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
o przeciwdziałaniu i pomocy
#1
Jako aktywna ostatnio, z racji mej tu na forum twórczości, mieszkanka naszej gminy, obejrzałam sobie dostępne nagrania z grudniowej sesji Rady. Większość mieszkańców skupiła się na finansach, podatkach,  znakach dymnych, czy też palcowych, przekazywanych sobie przez radnych w celu pomocy jak tam głosować, ewentualnie omawianiem zalet i wad ostatniego ulubieńca wioskowego establishmentu, czyli radnego Biernacika. Nie żeby mnie to nie interesowało, a jednak ....

Jednogłośnie przyklepana przez radnych Uchwała 80/16 w sprawie uchwalenia Gminnego Programu Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych oraz Przeciwdziałania Narkomanii w 2017r nie wzbudziła większego zainteresowania, poza wysłuchaniem Przewodniczącej Komisji i zadaniem kilku kurtuazyjnych pytań. Mnie przeciwnie, bardzo zainteresowała. Przeczytałam projekt uchwały, wysłuchałam Pani Przewodniczącej i zakres działań podany w uchwale podoba mi się, a o finansach nie będe się wypowiadać, bo to nie moje kompetencje. 

Dla osób pracujących w takich dysfunkcyjnych środowiskach, z osobami dotkniętymi alkoholizmem, odmian i sposobów patrzenia na ten problem pewnie jest bez liku. Natomiast ja opiszę to, jak zwykle, z punktu widzenia nas, wieśniaków i naszego wioskowego pijaka.

Nasi nowi mieszkańcy patrzą na panów konsumujących sobie piwko pod sklepem pewnie tak samo jak my, gdy  takie sytuacje widzimy w mieście. Omijają szerokim łukiem, udają że nie widzą, traktują jak wioskowy folklor, itd. Dla nas to nie są jednak anonimowe osoby. To nasi koledzy ze szkoły, to nasi sąsiedzi, a często też nasza rodzina. Ja nie wyobrażam sobie, żeby nie powiedzieć im cześć, czy dzień dobry, udawać że się nie widzi. Przecież nie urodzili się tacy, i w większości rodziny w których się wychowali, to wcale nie jest jakaś patologia. Normalne domy. My wiemy, znamy te powody i sytuacje, dla których ich ścieżka życiowa w takim kierunku skręciła. Może nie chcieli dorosnąć i tryb zabawowy połączony z konsumpcją alkoholu tak bardzo ich wciągnął, że tak im zostało. Albo jakieś kłopoty małżeńskie zatopione w butelce. Problemy z pracą, choroba, niezaradność życiowa, zdrady, czy brak samoakceptacji. Różne są losy ludzkie. Zdarza się.

Działania naszej komisji są pewnie podobne, jak nie lepsze, efektywniejsze, szersze, niż analogicznych komisji działających przy innych gminach. Starają się. W tym samorządowym zakresie nie można im nic zarzucić. I nie zamierzam. A jednak ....

Standardowe działania samorządów mają już taką skazę, że na papierze ładnie wyglądają, wizerunkowo perfekcyjnie przygotowane, sam problem lekko przypudrowany, wykazano progres, nagrodę za zasługi na forum publicznym odebrano. Można oprawić w ramki i powiesić na ścianie.
Czyli znów się czepiam.

Używając swoich kwiecistych porównań, sytuację powyższą można porównać do zdarzenia, że gdy na chodniku pojawia się się absorbująca uwagę psia kupa, samorządowa komisja stawia flagę, rozdaje ulotki, wiesza plakaty, robi pogadanki w szkołach, wytycza alternatywne ścieżki i obejścia, stawia płotek, przysypuje piaseczkiem, sprowadza bardzo szanowane osoby i ekspertów, by na forum publicznym kwestię bulwersującą mieszkańców omawiały, ale nie akurat z tymi co trzeba, a dla dziecka, które nieopacznie i niechcący wdepnęło, funduje kolonię, bo tyle ma zaplanowane w budżecie, zamiast poprostu wziąć łopatę i posprzątać.

Nie żebym mówiła, że to nie potrzebne. Broń Boże! To cenne, potrzebne i wartościowe. I dalej niech to robi. Tylko razem z... i równorzędnie, jako akcja budzenia społecznej świadomości.
Rozliczam samorząd też z tej przyczyny, że jednak trzeba mieć wiedzę, kompetencje i doświadczenie by w takiej materii sobie poradzić. Nie będę też od urzędnika cudów wymagać, bo to co robi i tak robi porządnie. A Gmina zatrudnia i będzie, jak się dowiedzieliśmy na ostatniej sesji, jeszcze zatrudniała odpowiedniej klasy profesjonalistów, którzy naszej komisji jeszcze w tych działaniach pomogą.

Czyli o czym chcę Wam dziś napisać? O tym jeżu, do którego zabiera się żaba w ludowym przysłowiu, do którego dobrać się w wiadomym celu nie łatwo. Czyli o tym, gdzie to problem alkoholizmu pojawia się i jak pomóc i zapobiec, zanim powstanie szkoda.

1. Ponieważ, jak się domyślacie, jestem kobietą, pozwolę sobie zacząć elaborat od kobiecego punktu widzenia.  Od żon naszych wioskowych pijaków i od matek wychowujących dzieci w pijackiej rodzinie. Tak. Tak właśnie to nazwę. I wiem dokładnie co piszę.
Nasze kobiety, pozostawione same z mężem alkoholikiem, wpadają w syndrom żony alkoholika, a cała rodzina staje się chora. Klecą jak mogą, by uchronić dzieci od podobnego losu, i często się to im udaje, a czasem nie. I z rodziny alkoholika wyrasta następny alkoholik. To im trzeba pomóc, by znalazły siłę i wspacie i dać sposoby jak radzić sobie z szanownym małżonkiem. A trzeba inaczej niż robiły to do tej pory i trzeba ją tego przyuczyć. Kluby AA są nie tylko dla dla pijących. Są też dla osób współuzależnionych.
Usłyszałam znów na sesji, że nasza gmina ma podpisaną umowę z klubem AA ze Stargardu. No tak, tak najłatwiej. Jak myślicie, czy nasza matka z Kobylanki, z uciułanych pieniędzy zapłaci za bilet i po południu pojedzie autobusem do Stargardu, zostawiając dzieci bez opieki lub co gorsza z mężem pijakiem, aby odbyć cotygodniową terapię do zaprzyjaźnionego klubu? Bez komentarza.
Jej potrzebna jest pomoc tu, na miejscu. W wygospodarowanym czasie, gdy dzieci są w szkole, a pan i władca jeszcze nie wrócił zabombiony z pracy. Takie mam w tym punkcie uwagi.

2. Tu postaram się, z mojego punktu widzenia, dotknąć newralgicznego miejsca, gdzie w dużej części przypadków skłonność do alkoholu się pojawia i jak zapobiegać.

Dla nikogo odkrywcze to nie jest, że pierwsze dośwadczenia z alkoholem pojawiają się w okresie dorastania. Wiek naście lat. Co jest tego powodem i jak to wygląda też nikogo uczyć nie trzeba.  Większość z nas to samo przerobiło. Ja na swoim koncie też mam kilka extra imprez. Gdy cyferka wieku z naście zamienia się na dwadzieścia i więcej, imprezowy raj przestaje być upragnionym celem. W zdecydowanej większości mamy inne sprawy, które nas bardziej zajmują. Studia, hobby, praca, pojawiająca się rodzina. Ale niektórym nie przechodzi. Czy nie chcą dorosnąć, czy nie mają potrzeby, a może właśnie znaleźli upragnione hobby? Z biegiem czasu clubbing zamienia się w zakrapiane imprezki po melinach, na końcu wystarczy po prostu sklep z piwem, czy spotkania z kumplami na gazie.

Gmina nasza nie ma szkoły średniej. Bo po co? I oferta kulturalna przygotowana jest głównie dla dzieci z podstawówki. To naturalne, podpieramy się pracą naszych szkół, wspólnie działamy, coś tam się robi, i jakoś się toczy. Nie ma u nas szkoły średniej, nie ma oferty dydaktycznej i kulturalnej dla nastolatków. Chociaż ja przypominam sobie, że mieliśmy kiedyś takiego dyrektora GOKu, który młodzieżą się zajmował. Szkoda, że akurat nie był to wtedy mój rocznik.
Nie jest też nowością to, że nastolatek, gdy nie ma własnych zainteresowań i ogólnie jakiegoś zajęcia, to w świat różnorodnych rozrywek wchodzi jak w masło. Gry komputerowe, alkohol, narkotyki, pornografia, sex. Znamy to. Wiemy doskonale o co chodzi. Rodzice, którzy zajmują się swoimi dziećmi, a także tacy, którzy nad swoim nastolatkiem potrafią jeszcze zapanować, znajdą im jakieś zajęcia. Zumba, kluby piłkarskie, płatne zajęcia w mieście, czy jakieś hobby uprawiane w rodzinie. Gorzej z tymi bez opieki i tymi z rodzin patolicznych. Ci zdani są całkowicie na siebie.  Dobry, doświadczony dyrektor lokalnej szkoły, z prawie stuprocentową pewnością może wskazać tych absolwentów podstawówki, których prawdopodobnie los wiejskiego pijaka czeka, gdy nikt im nie pomoże.

Mimo niezadowolenia niektórych mieszkańców, ja muszę Wam powiedzieć, że raczej jestem zadowolona, że w skład Wysokiej Komisji wchodzi ksiądz. Kogo, jak kogo, ale salezjańskiego księdza pouczać jak się pracuje z trudną młodzieżą to raczej nie wypada. Przypomnieć może jednak mieszkańcom trzeba, że Zgromadzenie Salezjańskie jako sztandarowe hasło i drogę w swoim powołaniu za swoim założycielem św. Jana Bosco obrało działalność wychowawczą i prewencyjną w środowiskach dysfunkcyjnych.
http://www.opoka.org.pl/biblioteka/I/ID/...ystem.html
http://oratorium-lodz.salezjanie.pl/jan_bosko/?sub=3
Może o tym my i nasi byli księża trochę zapomnieliśmy, bo parafia miała inne potrzeby, albo co innego lokalnie było ważniejsze. A może też kto inny o tym decydował. Przypominam sobie jednak obozy letnie kiedyś tam dawno organizowane na naszej plebanii. Z tym, że w tym przypadku nasza gmina miała być lekiem na problemy miejskich dzieci. Jeden z księży w oborze obok plebanii zorganizował salkę dla ministrantów. Tam się spotykali, coś tam robili, aż ksiądz zmienił parafię, a wtedy wzięło i zdechło. Salka do tej pory stoi pusta. Była jakaś oaza i granie na gitarze, głównie dla dziewczyn. Jak by tak poszperać, to jeszcze coś się tam znajdzie. Każde kobylańskie dziecko, teraz już dorosłe, pamięta też zawsze pełne cukierków kieszenie księdza Głogowskiego. Dzieci przed księdzem Głogowskim nie chowały się po krzakach. On zawsze miał dla nas dobre słowo, nigdy nie przeszedł bez krótkiej rozmowy obok dziecka, wołał nas zawsze, pytał się co w szkole, co w domu, czy chodzisz do kościoła, o czymś tam jeszcze pogadaliśmy, a na końcu dostawaliśmy cukierki. Dokładnie pamiętam ostatni cukierek jaki dostałam od księdza, już jako podlotek w swoim pierwszym, dorosłym staniku. To była landrynka zawinięta w kawałek opakowania z zupki błyskawicznej. Czasy akurat były takie, że niczego nie było. Panie ekspedientki w naszym społemowskim sklepie uskładały dla księdza jakieś cukierki, jakie akurat były. A że ksiądz nie życzył sobie, by mu usługiwano i sam sobie gotował, zapakował cukierki w to, co akurat było pod ręką. Sztandarowa salezjańska praca. Św. Jan Bosco z księdza Głogowskiego mógłby być dumny.

Może więc już czas, a mieszkańcy i obie salezjańskie parafie do tego dorosły, by skorzystać z wiedzy i doświadczenia Zgromadzenia Salezjańskiego św. Jana Bosco i takie działania z trudną młodzieżą i z osobami społecznie wykluczonymi zacząć prowadzić.

Miejmy też to na uwadze, że taka praca to nie tylko inna ścieżka życiowa dla każdego wyprowadzonego z patologii chłopaka. To także inne życie dla jego przyszłej żony, która raczej nie wybierała sobie z góry męża alkoholika, tylko potem się okazało, że ten wybranek imprezować nigdy nie przestanie. On co tydzień musi dać sobie w palnik ze szwagrem lub uczynnym sąsiadem, a po pracy przed przyjściem do domu walnąć kilka piw. I to także inny los dla tych dzieci, które on spłodzi, częstokroć po pijaku.


I gmina, i szkoły lubią się pochwalić jakich to nie mamy olimpijczyków, jakie konkursy powygrywaliśmy. Chociaż zasługi ich są lekko symboliczne. To i tak są bardzo mądre, dobre, zdolne dzieci i dobrzy, kochający rodzice. Tymi trudnym i beznadziejnymi przypadkami zajmujemy się tak, by dobrze wyglądało to w papierach, a nie żeby naprawdę zmienić ich los, lub zwyczajnie nie umiemy. 
Zamiast hymnów pochwalnych dobrze by czasem było też posłuchać na sesji Rady Gminy ile rodzin wyprowadzono z ubóstwa, ile osób podjęło terapię, ile dzieci wyszło z patologicznego środowiska i założyło zdrowe rodziny, ilu mężów przestało bić swoje żony i dzieci, ile rozbitych rodzin znowu scalono, ile kobiet przestało się prostytuować, jak zlikwidowano narkomanię, ile osób z kryminalną przeszłością zresocjalizowano. To dla mnie jest ciekawsze.

3. Zdarza się i tak, że nasi panowie pomyślnie przeszli test na dorosłość, pozakładali rodziny, a wtedy coś tam nie wychodzi. Normalny facet, w wieku dorastania uczestniczący w jakiś kołach zainteresowań, uprawiający sport, czy mający jakąś wtedy pasję, w większości potrafi sobie lepiej lub gorzej poradzić z problemem. Pójdzie pobiegać, ponapierdziela młotkiem w garażu, lub czymś tam się zajmie. Przeczeka, aż ciśnienie spadnie, z żonką się przeprosi, czy zwyczajnie z kolegą z pracy podzieli strefy wpływów i wyznaczy tereny zdemilitaryzowane. Wiecie o co chodzi. Gdy nie ma w sobie, w okresie dorastania wykształconej umiejętności szukania innych form odreagowania, najzwyczajniej w świecie wraca do starych nawyków i starych, zaprawionych już w bojach trunkowych kolegów. A ci bardzo chętnie go przyjmą i jeszcze utwierdzą w doskonałym wyborze. Żona, z którą właśnie się popsztykał, z minuty na minutę nagle staje się szmatą, której on za namową kolegów udowodni. Bo przecież na małżeńskich problemach oni najlepiej się znają. Sami mają bardzo udane związki. Z małżeństwa nici. Najbardziej cierpią dzieci, wychowywane bez ojca, lub z ojcem, którego się wstydzą, bo gdy wracają ze szkoły wszyscy widzą jak napruty stoi z kolegami przed sklepem. Z pracą też doradzą, bo na kłopotach w pracy też się znają. Ogólnie takie spotkania to oprócz raczenia się trunkiem, to porządny klub dyskusyjny i grupa wsparcia i akceptacji jej członków oraz wzajemnego szacunku. Tym także można tłumaczyć tą wciągającą siłę środowska.
Ja tu recepty nie mam. Czuję wręcz bezsilność. Może profesjonaliści od grupy terapeutycznej zatrudnionej przez gminę pomogą. Może. Pobożne życzenia.

Rozmyślając nad tym problemem, utkwiła mi w pamięci taka myśl, że te kłopoty małżeńskie, z dziećmi, skutkujące taką zapaścią i zakrętem na drodze życiowej, biorą się stąd, że nikt nas nie uczy jak tworzy się dobre związki, jak wybiera dobrego partnera, jak wychowuje dzieci. Uczy się nas o cyklu rozrodczym pantofelka, jak wyciąga się pierwiastek kwadratowy, czy jak przebiega proces reakcji kwasu z zasadą. A jak żyć nie! Potem puszcza się nas na żywioł i radźcie sobie sami. Dobrze jak rodzice dali dobre wzorce, a jak nie? Gdzie się mamy nauczyć? Oglądając "Trudne Sprawy"?
Metodą prób i błędów jakoś klecimy te rodziny. W większości się udaje. Czasem jest więcej błędów. W niektórych przypadkach z przewagą tych kardynalnych. Ze skutkiem stworzenia wiejskiej pijackiej rodziny.
Brawo edukacja! Brawo systemie uczącym samych potrzebnych w dorosłym życiu rzeczy!

Moje ostatnie odkrycie w bezgranicznych zasobach internetu, to konferencje prowadzone przez o. Szustaka. Mogłabym nazwać o. Szustaka śmiało Mateuszem Grzesiakiem współczesnego polskiego kaznodziejstwa. Konferencje prowadzone przez tego dominikanina cieszą się nie mniejszym powodzeniem, niż wykłady światowej sławy krajowego guru rozwoju osobistego. To taki high level ortodoksyjnej nauki Kościoła podany prostym, zwyczajnym językiem, z dużą porcją humoru. Polecam.
(Tak wiem, obiecałam sobie że zimą poszperam sobie i poczytam o prawosławiu a tu dalej siedzę w tym katolicyzmie, i do tego Was raczę najnowszymi zdobyczami.)

Tematami konferencji jest tworzenie związków, relacje damsko-męskie, seks i rodzina przefiltrowane przez kościelne dogmaty. Czyli, dla antyklerykałów, czystej klasy religijny hardcore. Mimo to, im też polecam.

Dla grupy wiekowej zaliczanej do przedziału "gimbazy" proponuję serię o nazwie "Ballady i romanse".     https://m.youtube.com/playlist?list=PLVd...6_kBaf4Jt2 
Dla bardziej dorosłych, szukających poważniejszego partnera lub już w związkach, poziom zaawansowany, w wersji akademickiej, czyli "Pachnidła". https://m.youtube.com/playlist?list=PLVd...aMhHDroJO_    
Dla tych po ślubie konferencja "Jak dogadać się w związku? ".     https://m.youtube.com/watch?list=PLVdrvb...adKAJKxEAo      
Dla wszystkich innych, których nie interesują wykłady o. Szustaka internetowy suchar w stylu "Familiady", czyli:
"Czym się różni mózg mężczyzny od mózgu kobiety?"
http://www.dailymotion.com/video/xxvvfc_..._lifestyle

4. Doszliśmy w tej mojej wyliczance wreszcie do etapu wiejskiego pijaka. Nie są to tylko mężczyźni, choć jest ich zdecydowana większość. Moi sąsiedzi mogliby wskazać też takie panie. Wszyscy we wsiach doskonale wiedzą o  kim mowa, lub mogą podać przykłady z przeszłości. Wieś wie. " My wieśniaki, nasze lęki nosimy jak odzież wierzchnią" - nieudolnie cytując Osła ze Shreka.

Z boku patrząc taki wiejski pijak ma całkiem fajne życie. Jak ma żonę to nakarmią, upiorą, zero obowiązków bo dziećmi się nie zajmuje, nic go nie obchodzi, nic nie musi robić, a jak wraca do domu to wszyscy schodzą mu z drogi, bo boją się jeszcze oberwać. Ci bez rodzin to nawet pracować nie muszą. Coś tam się ukradnie, kilka dni w miesiącu popracuje na czarno, opieka społeczna pomoże, albo stara matka z renty utrzymuje. Większość czasu spędzona w stanie upragnionego upojenia i wśród wesołej kompanii. To po co on ma się leczyć?

Dlatego budujące jest chociaż przeczytać o takich, którym się udało.  
http://www.blowminder.com/2014/10/08/wie...-przepicia

5. Punkt ostatni. 
Największą tragedią jest gdy piją i ojciec i matka. Szczególnie jak pije matka będąc w ciąży. I nikt nie reaguje.
W takiej sytuacji jedyne co pozostaje to ratować i pomacać dzieciom.




Reasumując.
Jako mieszkanka Gminy Kobylanka, żądam aby nasi radni za rok bardzo skrupulatnie rozliczyli Wysoką Komisję z tego co zrobiła. I mało mnie obchodzi ile ulotek wydrukowała.

Serdecznie dziękuję za uwagę.

Z poważaniem
ijsak7

Suplementy:   
http://koalkoholizm.pl/twarda-milosc
http://kulturaliberalna.pl/2014/01/14/wo...a-rodzina/      
http://www.fronda.pl/blogi/magia-i-miecz...22274.html
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości